Google Website Translator Gadget

piątek, 24 maja 2013

To skomplikowane

Spójrzcie tylko na to maleństwo. 
Zwykły biszkopt przełożony dżemem truskawkowym i czekoladą. A cudny.





Czyżbym słyszała parsknięcie śmiechem? Że obnoszę się z banałem?


Gdyby tylko ktoś miał na tyle odwagi i ciekawości, by poprosić o przepis zajęłoby to, co najmniej, kilka minut pisania... I znacznie więcej godzin robienia. Przyjrzyjcie się uważniej. 





Posmakujcie. Przecież to prawdziwy swojski biszkopt. Ile z nim zachodu, ten tylko się dowie, kto raz uchylił klapę piekarnika za wcześnie. Nie mówiąc już o wykonaniu znakomitego kremu czekoladowego.

Pozory mylą. 

To, co proste i lekkie, tak naprawdę może być nie lada sztuką. 
Wiele piekłam w tym tygodniu i wiem, co mówię. Wypieków na twarzy dostarczały mi nie tylko kulinarne szaleństwa, ale również historie moich przyjaciółek. Uwielbiam słuchać o ich życiu, zwłaszcza tym sercowym. Okazuje się, że z miłością dokładnie jak z tym biszkoptem... Związki, które z pozoru wydają się poukładane i szczęśliwe wcale nie są taką łatwizną, za jakie uchodzą. Wiele trzeba się nad nimi napracować. I wcale (no może troszku...) nie myślę o tresurze faceta, co by nie rozrzucał skarpet po całym mieszkaniu, tylko ograniczył się do jednego pokoju. 

Jeśli rzeczywiście chcemy wdrożyć w nasze życie tak wielkie słowo jak miłość, należy pamiętać o tym,  że to, co małe ma znaczenie. Drobne prezenty (przecież perfumy są małe, podobnie jak pralinki), odpisywanie na smsy i pisanie smsa bez powodu, komplementy rzucane nam nawet wtedy, gdy nie jesteśmy pierwszej świeżości. Niestety, powyższa zasada odnosi się również do drobnych zgrzytów, problemów.

Doprawdy... Wystarczy niewielka ilość żółtka w masie białkowej, a nie ubijemy piany. I z biszkoptu pozostaje niespełnione marzenie. Owszem, można sobie darować ciacho w sobotę po południu, ale nie relację, która zdaje się być obiecująca. Zanim obieca się sobie dozgonną miłość, wierność i takie tam, należy sobie dać słowo, że będzie się rozmawiać o sprawach trudnych, bolesnych i irytujących.

Mały problem pozostanie małym, jeśli zajmiemy się nim, zanim zacznie rosnąć jak biszkopt włożony do piekarnika. 

Podobno pieczenie biszkoptu należy do najbardziej skomplikowanych receptur cukierniczych. Czymże jest jednak, przy sprawach związkowych. Toż to dopiero skomplikowane. Z resztą, co mi się tu wypowiadać... Ja z Panem Taksówkarzem spotkałam się ledwo trzy razy. A dziś czwartego spotkania nie będzie. Dlaczego? Bo sprawy Pana Taksówkarza się skomplikowały i nie może przyjechać... I co o tym myśleć? Nie myślę. Skoro jego nie ma, mówię sama do siebie - "A nie mówiłam?". 


wtorek, 21 maja 2013

Kolejny tekst o lodziku.

Istnieje niezliczona ilość sposobów dogadzania sobie. Jedną z popularniejszych i skuteczniejszych jest włożenie ręki do torebki pełnej czekoladowych pralinek. Ku mojej zgubie, istnieje też niezliczona ilość cukierków, batoników i innych łakoci obleczonych czekoladą. Pytanie - co tu wybrać? - pozostawało zmorą do czasu, gdy w osiedlowym spożywczaku moje oczy wypatrzyły lody Magnum. Żadne lody Magnum nie są zwyczajne, ale te były jeszcze nad zwyczajniejsze. Były to lody Magnum Black Espresso. Wzięłam od razu dwa. Nie żebym i tym razem przegrała z moim łakomstwem. Nic z tych nikczemnych rzeczy.

 Druga sztuka była dla Pana Taksówkarza.  





Sztuką jest przełamanie pierwszych lodów między nowo poznanymi ludźmi. Nic nie pomaga w tym bardziej, niźli jedzenie. Ale jeszcze trudniejsze jest, by umieć dotrzeć głębiej człowieka. Znacznie głębiej, niż językiem do migdałków w jego buzi. Jest to jednak na tyle ważne, że warto spróbować. Dlatego przyjęłam zaproszenie Pana Taksówkarza, kiedy ten zaproponował, że pojedziemy na wycieczkę. Ma się rozumieć, że lody Magnum były jedynie tłem do wycieczki. A i wycieczka była jedynie tłem, do tego, co naprawdę miało się między nami wydarzyć. 

Choć trasa wycieczki nie była krótka, szybko minęła. Dokładnie tak szybko, jak zlizanie czekoladowej polewy z mojego loda. Szybko też sobie uświadomiłam, że bywa tak, że to, co ukryte najgłębiej, jest... najsmaczniejsze. Jeśli sądzicie, że krucha ciemna czekolada jest esencją lodowej rozkoszy, jesteście w błędzie. Jeśli nie, to pewnie zaliczyliście już Magnum Black Espresso i jesteście na dobrej drodze.

Wkrótce ja i Pan Taksówkarz znaleźliśmy się na piaszczystej nierównej drodze, a w zasadzie to należałoby powiedzieć ścieżce prowadzącej do... lasu. W lasach bywają ukryte złe wilki. Na nas czyhało jednak coś znacznie gorszego. Nie, nie była to chytra baba z Radomia. Komary. Uciekaliśmy stamtąd jak dwa spłoszone szaraki. Pan Taksówkarz naliczył dwadzieścia pięć bąbli. Ja tylko dziesięć. 

A jednak to była udana wycieczka i dobra droga, którą obraliśmy. Ostatecznie zaprowadziła nas bowiem do... łóżka. Cóż, jak po każdej wycieczce, tak i po tej trzeba było odpocząć. Opuchnięte stopy same się nie wymasują... Poza tym w łóżku można robić inne ciekawe rzeczy. My, dla przykładu, rozwiązywaliśmy krzyżówkę. Nie trzeba za bardzo główkować jak to się skończyło. Nie chcę w tym momencie rzucić oklepanym hasłem w stylu "żyli długo, szczęśliwie i tylko trochę utyli od jedzenia lodów". Tak się bowiem składa, że człowiek, w przeciwieństwie do loda Magnum ma nie tylko jedną warstwę czekolady. My zlizaliśmy dopiero pierwszą. I smakuje mi ona na tyle, bym chciała zlizywać każdą kolejną warstwę Pana Taksówkarza. 


P.S. Pragnę uprzejmie zawiadomić, że niniejszy wpis nie jest krypto reklamą lodów Magnum. Nie otrzymałam ani jednego grosza, ani jednego loda za opisanie doznań przy jedzeniu loda Magnum.
P.P.S. Być może owe doznania nie są wynikiem dobrej roboty wykonanej w fabryce, ale tego z kim jadłam tego loda.

poniedziałek, 20 maja 2013

Sekreciki

Wszyscy wiedzą, że pani Ala ma psa o imieniu Burek, chodzi spać o 21 i co wtorek na targu u pana Wacka kupuje kapustę. Co z tego będzie? Kapuśniak? Nie, flaki w oleju. Nuda. Nie chcemy wiedzieć, tego, co oczywiste. Chcemy sekretów i sekrecików. Chcemy wejść za płot i znać ploteczki. Czy pani Ala umawia się z panem Wackiem? Czy pan Wacek daje specjalną zniżkę pani Ali? Dlaczego ostatnio świeciło się u niej po 21?

Co prawda, nie kupuję co tydzień nowej makulatury plotkarskiej, a i kiepska jestem w włamywaniu się na prywatne profile moich byłych, bywam ciekawska. Jestem pierwszą osobą w towarzystwie, która pyta o status znajomych. Ba, nie widzę niczego niegrzecznego w wypytywaniu tychże znajomych o szczegóły ich życia łóżkowego. 

Bywa i tak, że to ja padam ofiarą cudzego wścibstwa. W tym wypadku, Łukasza z bloga Invest in love oraz Innej z bloga Innej patrzenie na świat. Nie wiem do końca jakie były ich motywy, zdaje się jednak, że sympatyczne, bo wyróżnili mnie w ramach nagrody Liebster Blog Award (czy to z niemieckiego?!). 




Dlatego wybaczam im ich wścibstwo i bez marudzenia odpowiadam. Część pytań Innej, część Łukasza.

1) Jakie jest Twoje ulubione słowo?
 Czekolada.
2)  Czy cieszysz się ze swojego życia ?
Bardzo. Coraz bardziej.
3) Co Cię inspiruje (nakręca, podnieca)?
 Życie.
4)   Czy lubisz odpowiadać na pytania ?
Uwielbiam.
5) Jaki dźwięk kochasz?
Beknięcie po obiedzie.
6) Pies czy kot?
Chomik. 
7) Ulubione przekleństwo?
Kurczę.
8) Kolczyki długie, krótkie czy żadne? 
 Seksowne i słodkie.
9) Jakiego zawodu  z pewnością nie mogłabyś wykonywać?
Nudnego.
10) Wzór kwiatowy czy kratka? 
 Zeberka.
11) Z kim widzisz siebie przy boku, a z kim osobę która Cię nominowała?
Łukasza widzę z piękną kobietą, Inną widzę z przystojnym mężczyzną, a siebie...
... i tu zostawię trzy kropki.
 
 Niech to będzie mój mały sekret. W końcu wszystkie moje odpowiedzi były zbyt zwięzłe, zbyt banalne i zbyt oczywiste. Jakieś sekrety mieć muszę, bo przestaniecie mnie czytać i co wtedy pocznę? A jak naprawdę chcecie znać sekrety CzekoLady, zapraszam tutaj.
Lepiej? 


Do zabawy nominuję:  Karolę z bloga Quchnia Karoli, Schocollę z bloga Chcolate soul, Delimammę z bloga Delimamma.pl, Krufkową z bloga Krufkowo mi oraz Dybkę z bloga Dybka..

Chcę zaspokoić ciekawość w następujacych kwestiach:
1. Z jaką postacią bajkową się utożsamiasz?
2. Jaki jest Twój rekord w jedzeniu czekolady?
3. Zdarzyło Ci się publicznie dłubać w nosie?
4. Po co pani Ali kapusta?
5. Gdybym była sprzętem kuchennym, byłabym...
6. Z jakiej planety pochodzą mężczyźni?
7. Naleśniki na słono czy słodko?
8. Co można zrobić z kostką czekolady?
10. Czy masz jakieś superzdolności?
11.  Dlaczego koty miauczą a psy szczekają? 

Dziękuję za uwagę.


środa, 15 maja 2013

Starość, nie - radość.

Przeglądam się mocno w lustrze. Przeszukuję nerwowo ząbki grzebienia. Mało zmarszczek, jeszcze mniej - bo w ogóle - siwych włosów. A jednak... starzeję się. Po czym wnioskuję? Robię się coraz bardziej wybredna. Byle czekolady nie wezmę do ust. Tym bardziej, nie tknę byle faceta.

Jest szczypta prawdy w tym, że człowiek musi dorosnąć do pewnych spraw. I nie mam na uwadze tylko jedzenia oliwek. Każdy, kto ma trochę oliwy w głowie, wie, że rzeczy się nie zmieniają, tylko nasze upodobania, gusta i... smaki. Każde doświadczenie odkłada się w nas, jak słoje drzewa. Każda potrawa jak i człowiek odciska swój ślad. I wie o tym każdy, kto choć raz zjadł o jedną kostkę czekolady za dużo.





Mi ostatnimi czasy przeszła ochota na świeże mięsko (czyt. facetów młodszych ode mnie), a zachciało się czegoś wytrawnego (czyt. starszych mężczyzn). Wytrawni znawcy Bloga Czekolady wiedzą, że to spora zmiana. Od ostatniego wpisu nie zmieniłam zdania, co do Pana Taksówkarza. Mam jednak niebywałe szczęście, bo Pan Taksówkarz jest niemało starszy ode mnie.

Ale to ja jestem starej daty

Gdy mężczyzna umawia się ze mną, oczekuję, że zjawi się po mnie. Może nie na białym rumaku. W każdym razie, że zjawi się punktualnie. 
Nie wiem, czy Pan Taksówkarz jest również starej daty, ale zjawił się po mnie starym polonezem. Mocno spóźniony. Miał jednak jeszcze mocniejszy argument w rękawie. A w zasadzie to schowany pod kurtką. Argument składał się z pięciu żółtych tulipanów. Przytuliłam Pana Taksówkarza. Ba, dałam mu nawet buziaka.

A potem... dużo rozmawialiśmy. Na przeciętym drzewie widać słoje, a na otwartym sercu człowieka widać jego doświadczenia. Warto byś starym, bo wtedy tych doświadczeń jest więcej. I rozmowa nie jest nudna. Ba, jest fascynująca.





A jeśli człowiek umie korzystać z tych doświadczeń i wciąż czeka no nowe, to nie dość, że jest stary, to jeszcze na zawsze pozostanie młody. Albo raczej świeży.

Rety... Choć moja znajomość z Panem Taksówkarzem jest tak świeża, naprawdę czuję jakbyśmy się znali od bardzo, bardzo dawna. Czy tak właśnie czuje się człowiek, który spotyka bratnią duszę? Nie wiem... Mam tak pierwszy raz. 

Wiem jedno. Jestem za stara na znajomości kończące się szybko jak tabliczka czekolady w moim posiadaniu. Za stara jestem na damsko-męskie gierki i udawanie sama przed sobą, że nie przeszkadza mi jak facet woli puszkę oranżady ode mnie. Wreszcie, za stara jestem na wiarę w to, że mogę poznać sensownego faceta machając tyłkiem w zbyt ciasnym i dusznym klubie. W ogóle za stara jestem na machanie tyłkiem przed facetami. Jestem za to w odpowiednim wieku, by ten tyłek eksponować. Zwłaszcza przed jednym mężczyzną. Uff... jak dobrze, że się zestarzałam. Wreszcie. I już nic nikomu nie muszę udowadniać. A stringi nosić tylko wtedy, kiedy mam naprawdę na to chrapkę. Czyli często.

Całe szczęście, iż jestem też stanowczo za młoda na to, by być starą panną. Singielką. Kobietą z rudym kotem u boku. Zwał jak zwał. Młodość ma to do siebie, że lubi ryzyko i adrenalinę. A czy coś dostarcza jej w większych ilościach, niż związek?

Kończę pisać, by pójść do lasu i uczyć się od drzew zakorzeniania.

niedziela, 12 maja 2013

Rozmówki damsko-męskie I: jazda samochodem.


Oto pierwszy z felietonowego cyklu Rozmówki damsko-męskie. Ja przedstawię kobiecy punkt widzenia, Kacper (Nie da się!)  spojrzenie męskie. No to jazda.





Na jazdach zawsze było w porządku. Moich instruktorów nieraz zadziwiałam brawurą na jezdni. Szkoda, że tak nie było, gdy nadszedł czas rozwiązania... Rozwiązanie testu – rzecz jasna – było bułką z masłem. Niestety dalszy ciąg egzaminu nie poszedł jak po maśle. 

Mój pierwszy egzamin na prawo jazdy był katastrofą tak wielką, że można do tego porównać tylko wykonanie przez Tatianę Okupnik utworu Skyfall lub tego, co wyszłoby z pomieszania ciasta czekoladowego z kapuśniakiem. Mój pierwszy egzamin na prawo jazdy trwał 5 minut. Wsiadłam do samochodu. Wykonałam wszystkie czynności przygotowujące do dalszej jazdy. W tym, odmówiłam pacierz. Ruszyłam. Nie ujechałam nawet metra, kiedy starszy mężczyzna o surowym wyrazie twarzy , dalej zwany Egzaminatorem lub Sędzią Najwyżsiejszym, odrzekł stanowczo: STOP. Egzamin został przerwany. Z wszystkich czynności przygotowujących zapomniałam o jednej, jak się okazało, nie zwykle ważnej – załączenie świateł.

Być może ja zapomniałam o światłach, ale w tym momencie mnie oświeciło... To nie jest egzamin na prawo jazdy, to jakaś żałosna, bezduszna, komunistyczna banda wyzyskiwaczy. Jak pomyślałam, tak powiedziałam (a może wykrzyczałam?) Panu Egzaminatorowi prosto w twarz. Mało tego, to właśnie jego, a w zasadzie tę jego pałającą ponuractwem twarz oskarżyłam o to, że nie zdałam. Tak, tak, to przez stres jaki na mnie wywarł, nie zdałam...

Jestem też prawie całkowicie pewna, że przez to, co powiedziałam (a może rzeczywiście wykrzyczałam?) nie zdałam egzaminu na prawo jazdy po raz drugi, trzeci, czwarty... i tak w sumie dwanaście razy (słownie: 12 razy). Jestem prawie całkowicie pewna, że w gabinecie dyrektora ośrodka wisi moje zdjęcie z adnotację, że tej pani nigdy nie ma się udać. Jest to jedyna teoria spiskowa, której daję wiarę. 

A może jest inaczej... może to inna teoria sprawdza się w moiu przypadku? Może po prostu, jako kobieta, nie odróżniam strony prawej od lewej, zamiast za znakami, rozglądam się za przystojniakami na chodniku, a parkowanie tyłem na zawsze pozostanie dla mnie nieosiągalnym marzeniem? Być może. A może na pewno. Na szczęście, w przeciwieństwie do wielu panów, nie uważam się za mistrza kierownicy. Z tym, że nigdy nie kandydowałam na ten tytuł. Chcę po prostu nie moknąć, jadąc w strugach deszczu na rowerze do pracy. 

To nie jest tak, że kobiety gorzej od mężczyzn jeżdżą samochodem. My po prostu czego innego upatrujemy w jeździe.  Z całą pewnością jednak obie płcie tak samo lubią jazdę samochodem. I o to chyba powinno chodzić, a propos jeżdżenia.

I właśnie z tego powodu oraz jeszcze innego, którego nie zdradzę, postanowiłam sobie i samochodowi dać ostatnią szansę. I tak oto po raz 13 przystąpię do egzaminu na prawo jazdy. Bo każdy ma prawo do pomyłek i błędów. Oby jednak tym razem poszło bezbłędnie. No to jazda!